Ryk rwącej rzeki poniżej dorównywał jedynie pluskowi łusek i kłapaniu szczęk. Elena wisiała nad przepaścią, uczepiona postrzępionego mostu linowego, który załamał się pod ciężarem paniki. Kurczowo trzymała się pozostałych drewnianych szczebli, a jej knykcie zbielały od wysiłku. Poniżej ciemna woda kotłowała się od prehistorycznych drapieżników, których zimne oczy były utkwione w jej drżącej sylwetce. Jeszcze chwilę wcześniej Julian stał na skraju wąwozu, trzymając główną linę podtrzymującą most. Jednak gdy konstrukcja zaczęła groźnie trzeszczeć, a przerażająca rzeczywistość ich położenia dotarła do niego, strach okazał się silniejszy od lojalności. Z paniką wymalowaną na twarzy — spojrzeniem, które miało prześladować Elenę do końca życia — puścił linę, odwrócił się i odjechał konno, pozostawiając ją na pastwę niewyobrażalnego losu.

Z każdą upływającą sekundą uchwyt Eleny słabł. Włókna liny rozdzierały skórę jej dłoni, a wyczerpanie związane z utrzymywaniem własnego ciężaru nad przepaścią niemal całkowicie odbierało jej siły. Szanse na przeżycie rozpływały się w wilgotnym, dusznym powietrzu dżungli. Zbierając resztki energii z najgłębszych pokładów swojej woli, wydała z siebie rozpaczliwy, przeszywający krzyk, który odbił się echem od ścian kanionu. Nie był to jedynie błagalny okrzyk o ratunek, lecz także pełne bólu oskarżenie zdrady. Dźwięk przeciął przestrzeń niczym ostrze, przebijając się przez oddalający się tętent końskich kopyt i zmuszając Juliana do natychmiastowego zatrzymania się.
Nagła cisza na leśnej ścieżce zawisła ciężko w powietrzu, gdy Julian zastygł na swoim koniu. Krzyk Eleny przebił się przez jego tchórzostwo, uderzając w najgłębsze pokłady poczucia winy i paraliżując jego ucieczkę. Powoli tętent kopyt rozbrzmiał ponownie, lecz tym razem z każdą chwilą stawał się coraz głośniejszy. Julian wyłonił się spomiędzy drzew z bladą twarzą i szeroko otwartymi oczami, w których mieszały się wstyd i przerażenie. W pośpiechu zeskoczył z konia, chwycił grube lasso z siodła i pobiegł ku krawędzi urwiska. Rzucił się na błotnistą ziemię i opuścił linę w dół, wołając do Eleny łamiącym się głosem, by wytrzymała jeszcze chwilę.

Elena zdołała chwycić pętlę jedną ręką i owinęła ją wokół nadgarstka dokładnie w chwili, gdy ostatni drewniany szczebel mostu całkowicie się oderwał. Julian ciągnął z siłą zrodzoną z czystej desperacji, zapierając się butami o ziemię i centymetr po centymetrze wciągając ją po skalistym zboczu. Gdy jej dłonie wreszcie dotknęły twardej ziemi na krawędzi urwiska, pociągnął ją na górę. Oboje osunęli się na trawę, ciężko dysząc. Bezpośrednie niebezpieczeństwo minęło, lecz cisza, która zapadła między nimi, stała się niemal ogłuszająca. Patrząc sobie w oczy, oboje zrozumieli, że wszystko się zmieniło. Julian wiedział, że nie może już ukrywać swojego tchórzostwa, a Elena uświadomiła sobie, że nigdy więcej nie będzie w stanie mu zaufać. Ta bolesna prawda rozerwała ich więź znacznie bardziej nieodwracalnie niż zerwany most wiszący nad przepaścią.